Spojrzenie w przyszłość – wśród Mastersów na Mistrzostwach…

IMG_3788

…świata oczywiście. 🙂

Temat Mistrzostw Świata (dalej: MŚ) pojawia się między nami mniej więcej raz w tygodniu, chyba od dnia kiedy się poznaliśmy (tz ja i Wojtek).  Czasem rozmawiamy o MŚ w graniu w gry, czasem o MŚ w robieniu kawy z aeropresu, a gdzieś tam na samym samym końcu rozmawiamy o MŚ w biegach na orientację (he he he). Jeszcze do niedawna wszystko odbywało się na granicy pół żartem pół serio, a jak już robiło się poważnie to płaciliśmy za relację w TV i przez określone dni z zapałem śledziliśmy najważniejsze wydarzenia.

Wszystko zmieniło się niecały rok temu. Z podśmiechujek w stylu „Ej, Lucka, a może bym wystartował na MŚ? ha ha ha”, zrobiło się „no dobra, zgłosiłem się na MŚ Masters!” (dla niewtajemniczonych: Masters kryje pod sobą przedział wiekowy 35-nieskończoność). I co teraz? Nie ma wyjścia – trzeba jechać. Na szczęście daleko nie jest, wystarczy przerzucić się na drugą stronę morza i jesteśmy w Danii, gdzieś w szeroko pojętych okolicach Kopenhagi.

Mnie ta impreza nie powinna obchodzić, więc pierwsze założenie było takie, że jadę na wakacje i mam luzik od biegania, ale życie (tz ja sama sobie) pokrzyżowało plany. Jednak trochę się podnieciłam wizją biegania w 1. innym kraju niż Szwecja 2. innych mapach 3. szybkim terenie. I wylądowałam tam w dwóch rolach: jako support Wojtka (który jakby nie było wciąż jest początkującym orientalistą w porównaniu do wielu innych zawodników z x-letnim albo xx-letnim stażem) i jako zawodniczka wszystkich startów towarzyszących w D21.

Dania zaskoczyła nas wszystkim. Momentami była dla nas tak szalona, że przekroczenie duńskiej granicy mogłabym porównać z wyjazdem z Polski do Czech, gdzie kiedyś jeździło się po tańszy alkohol (nie, ja nie jeździłam! ale znam takich co tam byli!;)). Jesteśmy już mocno przyzwyczajeni do szwedzkiego lagom i life-style, więc jak miły pan Duńczyk powitał nas tekstem „przydzielono wam salę nr 12, ale możecie spać gdzie chcecie, ja będę udawał, że nie widzę” to niemal dostaliśmy zawału, przy czym ja zrobiłam oczy jak 5 zł które mówiły „o boże, co tu się odjaniepawla! przecież to niezgodne z zasadami”.

I tak, gdzieś na obrzeżach Kopenhagi, w szkole w pełni przystosowanej dla niepełnosprawnych (cała parterowa, jej powierzchnia zajmowała conajmniej dwa boiska do piłki nożnej – kto by to pomyślał w Polsce, żeby tak przestrzeń marnować…), gdzie była sala do nauki gotowania z 10ma stanowiskami kuchennymi i gdzie toalety zawsze miały ręczniki, papier toaletowy i mydło – rozpoczęła się nasza WMOC (World Masters Orienteering Championships) przygoda.

IMG_3755

WYDARZENIE 1 – kwalifikacje do finału sprintu

W sumie rzadko mam okazje być na zawodach w roli obserwatora (bo przeważnie źle to na mnie działa), ale tym razem od momentu wkroczenia do centrum zawodów bardzo mnie to ucieszyło. Bo weszłam tam i… zobaczyłam inny świat orienteeringu. Którego nie widzę na codzień w takiej skali nawet w Szwecji, nie mówiąc o tym, że biegając jeszcze w Polsce mogłam coś takiego zobaczyć tylko w snach.

Nie, nie mam na myśli wystawionych super sklepów, namiotów z jedzeniem, tabliczek wskazujących drogę itp (o tym później). Chodzi o LUDZI. A najbardziej tych 60+ Część z nich przebierała się na start, część z nich dobiegała już na metę, część gorączkowo wymieniała się doświadczeniami trasy. Wtedy do mnie dotarło, że WMOC to impreza na której można się wzruszyć, a przy okazji popodziwiać tych, którzy pomimo upływu lat wciąż robią to co kochają.

Na swój start musiałam czekać ok 5h i gdyby nie panujący upał to cały ten czas oczekiwania mogłabym stać przy dobiegu do mety, co chwila mówiąc „wow, a ten ma 80 lat i zobacz jak zapieprza!” (numery startowe zawodników WMOC rozpoczynają się od kategorii wiekowej), zmieniając tylko płeć i wiek.

Tego dnia wszyscy czekali na jedynego zgłoszonego 100 LATKA (!!!) Rune, ze Szwecji – jednak ten się nie pojawił i mogliśmy „tylko” klaskać 95-LATKOM (!!!). Nuda 😉

W wynikach tego dnia było dla mnie bez zaskoczenia: Wojtek dostał się do finału A, ja u siebie byłam 5ta, po błędzie na 20sek. Plan wykonany, możemy jechać dalej.

WYDARZENIE 2 – finał sprintu

Następnego dnia Dania zaskakuje po raz kolejny: darmowy parking w centrum miasta! (oczywiście przez 15 min sprawdzaliśmy czy aby na pewno jakiś system nie chce nas teraz oszukać, ale FREE TICKET okazał się prawdą).

Kolejna niespodzianka: miejsce w którym odbywają się zawody – gdzieś pomiędzy jakimiś wypasionymi zamkami, w centrum miasta po brzegi wypełnionymi turystami. Architektura wywoływała u mnie opad szczęki (takie tam urbanistyczne zboczenia) i pierwszy raz od bardzo bardzo dawna pomyślałam, że jeszcze nigdy nie byłam w tak pięknym mieście. W mieście gdzie nowe zgrywa się ze starym, gdzie rower jedzie razem z autem, gdzie w uliczkach gra muzyka i gdzie w zwykłym sklepie możesz kupić piwo 😉

No cóż… szacun dla organizatorów za taką miejscówkę. Zwiedzanie i orientacja w jednym = czego więcej trzeba.

Tego dnia znowu muszę czekać na swój start, więc ponownie wiszę na barierkach przy dobiegu do mety. A tam standardowe WMOCowe widoki: wyżyłowane 50tki (pewnie wiele w lepszej formie od mojej), dziadkowie (niektórzy z laseczkami – tymi drewnianymi:)) i babcie. Widząc ich wszystkich DOBIEGAJĄCYCH do mety, łzy lały się same, a mózg nie mógł pojąć czy ten świat jest realny czy wymyślony.

Rezultaty: Wojtek średnio zadowolony ze swojego biegu w finale A (chociaż ja uważam, że lepiej ścigać się w A niż wygrywać w B…;)), ja podobnie, skończyłam 4ta zabierając sobie 2 miejsce, błędem na… 30 sek 😀 – nogi za szybkie, mózg za wolny, bywa i tak.

WYDARZENIE 3 – kwalifikacje do startów leśnych

IMG_0880

Ten dzień rozpoczął się nerwowo – trzeba dalej dojechać, potem długo iść, więc wszystko musi być skalkulowane. Jesteśmy w tym całkiem nieźli, ale nie przewidzieliśmy korka przed zjazdem w stronę parkingu na… 40 minut? O ile ja mogłam znowu spać spokojnie, to towarzyszący nam Karol, zaczął zmieniać buty na kolce w aucie, po czym truchtał razem z korkiem w kierunku centrum zawodów (CZ). Podejrzane było to, że ile razy Karol wysiadał z auta, tyle razy korek ruszał… 😉

Jeśli zdążyłeś już pomyśleć, że biegające dziadki w mieście to hardcore – zapraszam do lasu. Tam respekt robi się jeszcze większy, a myśl o tym, żeby tak wyglądać w ich wieku i być tak sprawnym jak oni zapisujesz na liście marzeń i corocznych życzeń na urodziny. Wielu z nich jeszcze dreptało 1,5km do CZ… My też w końcu dotarliśmy. Pierwsze komunikaty: organizatorzy przepraszają za to co działo się przed dojazdem na parking (?!?!?!?!? że co?), kolejne: że jutro dołożą starań, żeby to się nie powtórzyło.

Centrum Zawodów zlokalizowane w lesie, ok 1,5km od morza. Milusio. A standardy tego centrum… nie brakowało niczego. Od pań pilnujących tego, żeby kolejka przed WC się poruszała, sklepów, dobrego jedzenia, namiotu z wynikami, speakerów, miliona tabliczek pokazujących gdzie dojdziesz którą ścieżką i ile zostało metrów. Nie sposób popełnić tam jakiś błąd. Plus mapki treningowe, gdzie do wyboru są dwie skale: 7:500 i 1:10 000.

Las płaski – ale nie całkowicie, czysty – ale jednak trochę zielony. Szczęściarze (tz ja) mieli okazję pobiegać przy morzu (i tam, tak się zadumałam, że zrobiłam błąd…).

Jak wyszło: Wojtek tym razem wyląduje w finale B middla i będzie walczył o finał A na longu, ja mimo błędów skończyłam na 2gim – not bad.

IMG-0878

WYDARZENIE 4 – finał middla

Tym razem korka nie było. Docieramy na czas. Wojtek biega finał B, ja u siebie mam skrócony klasyk. Kończymy podobnie: on 2gi w B (tym samym dostał się do finału A w klasyku) a ja znowu po błędzie, skończyłam na 3cim.

Zasłużoną nagrodą jest więc piwo dla Wojtka, które było drugim dostępnym trunkiem na mecie, a dla mnie lemoniada, która była na trzecim.

Tego dnia nie pozostało nam nic innego do roboty jak… zregenerować się i pozwiedzać ile się da.

IMG_0835

IMG_3795

IMG_0839

WYDARZENIE 5 – long finał

IMG_0883

No i mamy piątek 13go. Gorąco bardzo, trasy długie – bardzo, las zielony – bardzo.

Idziemy do CZ, a tam pozamykane główne drogi… zero ruchu, zero aut. Dlaczego? Boooo halo halo tutaj jest dziś wielkie święto i nikogo to nie dziwi 🙂

Wpadamy na polanę. Pięknie przygotowaną na ostatnie ceremonie. Wielkie flagi, wielkie podium, speakerzy już pracują, 90cio latki już w lesie. Cel nr 1 – znalezienie ocienionego miejsca, cel nr 2 – mieć zabawę w lesie.

Niestety te durnoty związane z „piątkiem 13go” czasem się sprawdzają i dopadły naszą ekipę niemal w całości. Posypały się DSQ – Wojtek zrobił na trasie 18km i na mecie dowiedział się, że nie podbił punktu przy wodopoju… (ach, te 30 stopni w cieniu…;)). U mnie tego dnia mocno „nie żarło”. Zaczęło się od błędu na początku, skończyło na giga błędzie na końcu. Bywa. Nie zawsze jest tak jakbyśmy sobie tego życzyli.

Ale o tym wszystkim już dawno zapomnieliśmy. W pamięci zostały wspomnienia innych fighterów i łez wzruszenia. Bo… czy można zapomnieć o pani w wieku Twojej babci (np. 90 lat), która niesiona oklaskami i okrzykami pokonuje 150m dobiegu do mety??? Albo pana w wieku Twojego dziadka (np. 95 lat), który wskakuje na podium jakby codziennie bawił się w towerrunning???

PO ZA STARTAMI

Umówmy się. Starty są ważne, ale to nie wszystko. Po za nimi każdy miał wiele godzin na robienie czegokolwiek. Niektórzy gorliwie opracowywali taktyki na każdy kolejny dzień, niektórzy spali w nieskończoność, a niektórzy robili sobie wakacje. To my 🙂 Mamy ten problem, że ciężko nam usiedzieć na tyłku (szczególnie ja), a że pogoda sprzyjała… Zwiedziliśmy tyle ile się dało, ale nie na tyle, żeby następnego dnia nie móc chodzić 🙂

W tym samym czasie widzieliśmy jak organizatorzy pracują w pocie czoła.

I tutaj przyznam, że Facebook jako społecznościówka już dawno mi się znudził, rzadko znajduję tam coś dla siebie. Ale… FB jako narzędzie pracy? Jeśli ktoś potrafi zrobić to dobrze (tak jak ludzie z WMOCa) to jestem przekonana, że dostanie oklaski.

Każde wydarzenie Mistrzostw, miało swoją osobną stronę. Codziennie porcja zdjęć – w ilościach tysięcznych (dla cierpliwych;)), codziennie relacje z tego co się działo w arenie, codziennie filmik (!!!) pokazujący w skrócie cały dzień, wyniki (prawie) na bieżąco, linki do list startowych, linki to tego co warto zobaczyć w okolicy, informacje o tym jak i gdzie dotrzeć… Jednym słowem: WSZYSTKO.

Czyli… da się 🙂

Podsumowując: była to najlepiej zorganizowana impreza na jakiej byłam (no ok, może po za brakiem gpsów) i był to czas, który przypomniał mi dlaczego i po co to się robi.

W dalekiej dalekiej przyszłości lokuję to w swoich planach. Być na WMOCu, być weteranem. Ale póki co… to ja dopiero zaczynam i mimo prawie weterańskiego wieku, czuję się jakbym właśnie przechodziła do elity 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s